Pół nocy nie spałam, wiatr rozpędza się do granic możliwości, a mieszkanie na ostatnim piętrze, w dodatku na rogu, w dodatku od strony lasu, kiedy nie ma ani jednego budynku, który osłoniłby mnie od wiatru i tysięcy kropel deszczu uderzających w szybę mojej sypialni powoduje, że jestem dzisiaj zwyczajnie... wściekła.
Dosypuje wciąż, zupełnie bez sensu, skoro jutro zacznie się topić. Czy natura nie ma swojego 'przyrodniczego' mózgu i musi popełniać takie kardynalne błędy logiczne?! :)
*
W tym tygodniu zapraszam Was jeszcze na świąteczną kaczkę z jabłkami i tort biszkoptowy. Tymczasem wkładam kurtkę, kaptur, nowe oficerki i idę zmierzyć się ze śniegiem.
Wybaczcie nieobecność na blogu, ale tydzień zaczął się ostro i trwa w najlepsze nie zwalniając tempa. Na horyzoncie brak pomysłów na wypieki i kulinarne atrakcje, pozostaję wierna tradycji codzienności:)
Zjawiam się dziś i znikam, ale zapraszam Was jutro na ciasteczka-serniczki z lentilkami. Nie wyszły do końca takie, jakie chciałam, ale podobno są słodkie i smaczne, a w sumie to głównie chciałam uzyskać w związku z ich małą produkcją... :)
*
Uwielbiam tę piosenkę i fajnie, że dzięki niej mogłam odkryć miłego mym uszom wokalistę:)
"Ludzie przechodzą przez życie przygotowując się na ważne
chwile. (…) Podobnie przygotowujemy się na potężne ciosy. Dostrzegamy
nadchodzące wielkie rzeczy i szykujemy
się do odegrania głównych ról w naszych własnych prywatnych dramatach. (…) I
oczywiście przegapiamy to wszystko, co się dzieje pomiędzy „ważnymi rzeczami”. Codzienne
życie, zwyczajne i tyle. Nic, co można świętować. Nic, nad czym można się
użalać. Po prostu zadania, które trzeba wykonywać. Jestem przekonana, że to
właśnie te chwile albo nas ostatecznie wzmacniają, albo zabijają. Jak fala
obmywająca każdego dnia tę samą skałdę, prowadzącą do jej erozji, kształtującą linię
brzegową, zwykłe drobiazgi naszego życia mają prawdziwą moc, a co za tym idzie
kryje się w nich niebezpieczeństwo. To, co robimy, albo czego nie robimy
każdego dnia, nie mając świadomości długofalowych konsekwencji takich mało
ważnych czynności."
Sąsiad Lisa Gardner
*
Już dawno nie wpisywałam żadnego cytatu do mojego tajemnego zeszytu trzymanego w szufladzie biurka. Pisałam Wam o nim, nazywam go moim dziennikiem. Ten cytat wpisałam, bo trafił w moje serce jak strzała! :)
*
Miałam Wam dzisiaj dać do przesłuchania piosenkę, która dwa dni temu wpadła mi w ucho. Siedziałam przy stole i nagle uzmysłowiłam sobie, że nucę coś pod nosem... Ale to kiedy indziej. Dzisiaj piosenka duetu, który lubię i kolejna ich piosenka, która jest tak całkiem po prostu... fajna:)
*
Dzisiaj chyba na wielu blogach i na wielu fun-page'ach na facebooku będzie coś podobnego... nie będę gorsza!
Dwa dni temu postanowiłam zacząć wszystko od początku. Zmianę koloru włosów można potraktować jako skromne preludium.
Ja - urodzona blondynka - przez całe lata marzyłam o zdecydowanym kolorze na włosach. Moja Mama dała mi wyraźne pozwolenie na farbowanie dopiero po maturze. I co zrobiłam po maturze? Przefarbowałam włosy na czerwono po to tylko, że samej sobie udowodnić, że mam jaja. No i miałam. Wychodząc z wnioskami dalej posunęłam się do przekonania samej siebie, że marzy mi się ciemny brąz po to tylko, aby osiągnąwszy ciemny brąz stwierdzić, że jest za mało ciemny i potrzebny mi ciemniejszy. Okazało się jednak, że ciemniejszy jest już tylko czarny. Zachwycona swoimi czarnymi włosami istniałam sobie ostatnie trzy lata, aż postanowiłam... dokładnie w piątek - że pora powrócić do korzeni, a nawet pójść dalej!
Marzy mi się teraz jasny, jasny, jaaaasny blond. Nie mam zielonego pojęcia jak z jednej skrajności przejść w drugą, ile to będzie trwało i kosztowało nerwów i strachu, ale mając najwspanialszą fryzjerkę w Lublinie, która zna mnie prawie piętnaście lat, niczego się nie boję!
Czyli jak nie zwariować, jeśli jest się perfekcyjnym pracownikiem i szlag człowieka trafia na myśl o liczbie dni wolnych od pracy większej niż... dwa.
Kiedyś wydawało mi się absurdem to, że można się nudzić. W ogóle, kiedykolwiek. I prawdę mówiąc do dzisiaj nie umiem się nudzić, bo nudą nazywam odpoczynek, a odpoczynek nudny nie jest. Ale schemat dnia, utarte rytuały codzienności dają - przynajmniej mnie - ryzy, w których się dyscyplinuję i przy nich trwam. Niestety - bądź stety - dyscyplinę przenoszę na dni wolne. A jednak tę swoją dyscyplinę uważam za lepszą od rozlazłej nerwowości, która każe człowiekowi bez przerwy coś robić, tworzyć, wymyślać... żeby pozornie być 'w ruchu'. Człowiek dostaje kręćka na urlopie i nawet lista zadań do zrobienia, która układana była z myślą "jak będę miał wolne, to się tym zajmę", znacznie traci na atrakcyjności, jeśli znajduje się nagle czas do jej wykonania.
Można wypić kilka kaw więcej. Kilka kaw więcej w spokoju, szczególnie niskociśnieniowiec - taki jak ja - może jej pić do woli. Można coś upiec, np. kolejną szarlotkę, żeby inni domownicy, którzy za nią przepadają mogli zająć czymś czas i ręce w trakcie urlopu.
Można bawić się w obiady i picować każdy plasterek cukinii obsmażając go równiutko z każdej strony i zastanawiać się, czy nie postawić także na sztorc.
Można się pozachwycać prezentem. Kubkiem z Hello Kitty ♥
I zjeść czekoladkę!
Pilnując w międzyczasie robotników, którzy remontują balkony trzeci miesiąc; mając rękę na 'politycznym' pulsie (jak dobrze, że kończą się wakacje i wreszcie coś się zacznie dziać!:) )...
Ci, którzy oglądali "Czterdziestolatka" doskonale będą pamiętać odcinek, kiedy Stefan Karwowski miał odpoczywać. I będą pamiętali, jak go nerw nosił z tego powodu...
Nowo zasadzone kwiatki wyprowadzają się tymczasowo na parapet okien. Na okres wymiany płytek balkonowych, które mam nadzieję będą ładniejsze niż obecne, a te które mam teraz są naprawdę w porządku, zatem otwarte pozostaje pytanie, dlaczego administracja mojego osiedla zapragnęła nagle zmiany design'u balkonów^ :)
W międzyczasie walcząc z kolejnym pytaniem, na co mogę mieć uczulenie... w kolejce do odpowiedzi stoją truskawki, słońce i zielone nowalijki jedzone w ilościach hurtowych na kolację. Najprawdopodobniej uczulenie jest przejściowe, zatem jak sama nazwa wskazuje, poczekam, aż przejdzie.
:)
Wpadło w ucho!:)
Pomidorki koktajlowe... fajny gadżet:) Trudno mi je nazwać pomidorami przez porządne prawdziwe 'p', zatem pozostaną gadżetem :))
Tymczasem jestem jak najbardziej na tak, jeśli chodzi o testowanie mojego nowego piekarnika...
... i na ubijanie piany z białek! Zapomniałam już jak to się robi, skoro przez prawie pół roku nie piekło się żadnych ciast:) a co upiekłam? Pokażę Wam jutro.
Nie byłam jego wielką fanką w czasie X factor, ale piosenka mi się podoba. A Wy? Oglądaliście tę edycję programu?:)
Gdybym była entuzjastką wiosny, mogłabym się zachwycić zieleniającymi się (chyba nie ma takiego słowa...) drzewami w lesie, które widzę po przebudzeniu. Ale ponieważ wiosna jest dla mnie totalnie naturalną koleją rzeczy - nie będę się nad tym rozwodzić:)
Napiszę za to, że ostatnio dostaję rzodkiewkowego zrywu.
... do tego stopnia, że ze spotkania wielkanocnego w pracy wyjadałam głównie jadalne ozdoby, jakie odnajdywałam na kolejnych talerzach, aż w końcu pochłonęłam wszystkie dostępne rzodkiewki.
Ale i winogronami nie pogardzę, nieustannie kojarzycymi mi się z dzieciństwem i opowiadaniami dzieci o tym, jak zjeść grono bez pestek, gdzie je wypluć i dlaczego ta skórka jest taka twarda.
*
A jednak coś wpadło w ucho. Gatunek odległy mi o lata świetlne:)
*
Udanego czwartku! Uczącym się przyjemnie spędzonego pierwszego dnia ferii wielkanocnych, studentom wagarów życzę, święta idą - pofolgujcie sobie i przełóżcie obowiązki na jak zwykle 'na PO świętach':) a pracującym... prawie weekend, czwartek=mały piątek.
I znów pozwolę sobie zareklamować pewną cukiernię, pewną piekarnię... którą bywalcy Kazimierza Dolnego doskonale znają!:) Lubicie kazimierskie koguty? Przyznam szczerze, że nie jestem jakąś ich wielką entuzjastką, chociaż nie odmawiam ich sobie będąc w Kazimierzu:) Jednak u Sarzyńskiego dostaniemy nie tylko to, co turyści lubią najbardziej... dostaniemy wiele pyszności, a jednym z nich są marchewkowe babeczki. Nie za słodkie, idealnie marchewkowe! Z lekką nutką lukru na wierzchu. A ponieważ od kilku miesięcy salonik cukierniczo-piekarniczy zagościł w Lublinie - i o na mojej trasie praca-dom! - żal czasami nie skorzystać z ich uroku, prawda?:)
A Wy macie jakieś swoje ulubione i sprawdzone cukiernie i piekarnie?:)
Bo ja jestem wyznawcą zasady, że nie wszystko co domowe, jest lepsze. Jest kilka smakołyków nie do odtworzenia w domu i odwrotnie. I to jest chyba fajne, że można korzystać z wielu źródeł słodkich przyjemności...
*
A w ramach wytrawnych przyjemności w tym tygodniu pokażę Wam przepis na gołąbki bez zawijania. Ale nie te z reklamy.... :)
Wiecznie mylona przeze mnie z kaszą jaglaną, wreszcie od niej odróżniona smakiem, chociaż wyglądem wciąż sprawiają wrażenie sióstr bliźniaczych i bez podpisu na słoikach - z pewnością bym je dalej myliła :)
Kolejny singiel marca, który zapadł w ucho i kojarzony z marcem pozostanie:)
owsianka gotowana na budyniu waniliowym z bananem i otrębami
Dzień dobry!
Zaczynamy kolejny poniedziałek. W tym tygodniu poczęstuję Was przepisem na jajka faszerowane smażone w skorupkach i marynatą do wieprzowiny w ramach akcji pt. "agateq może jednego dnia odpocząć od kurczaków' :)
Tymczasem kawa z pianką.
*
... i kolejny radiowy kawałek, który wpada w ucho. Może nie tak jak zwykle mi w ucho melodie wpadają, ale niewątpliwie miło się słucha.
Takiej jeszcze nie jadłam. Sobotni gifcik. Razem z bransoletką.
*
Pisałam ostatnio o melodiach, piosenkach, które kojarzą mi się z określonym czasem, wydarzeniami czy miesiącami. I doszłam do wniosku, że szkoda mi gubić je gdzieś po drodze, zapominać tytułów i wykonawców. Co miesiąc będę zapisywać w swoim tajemnym dzienniku-pamiętniku single, które najbardziej zapadły mi w pamięć, na dźwięk których zgłaśniam radio i mam ochotę poszukać ich na youtube:) Może będę się też tym dzielić na blogu.
Myślę, że ta piosenka znajdzie się gdzieś wśród melodii, które szczerze wpadają mi ucho i zostają. Tekst jest tak nieprzyzwoicie prosty, że aż wstyd :)
Jestem wielką fanką sms'ów i antyfanką rozmów telefonicznych. Po prostu wolę słowo pisane... Drażni mnie, gdy ktoś nie odpisuje w miarę szybko. Irytuje mnie lakoniczne odpisywanie. Na szczęście osoby, z którymi koresponduję w ten sposób nie powodują u mnie nerwów. Chociaż będąc nastolatką nie byłam jakoś wybitnie 'wiszącą' na telefonie dziewczyną, niemniej baterię w komórce zawsze musiałam dość często ładować^ co zostało mi do dzisiaj.
*
Czy One Direction to nie jest jakiś zespół, za którym szaleją nastoletnie fanki? Niestety (stety?), ta ich piosenka naprawdę mi się podoba... mam nadzieję, że nie jest ze mną aż tak źle.
*
Piątek. Po prostu.
A po pracy poszukiwanie legginsów, spodni, butów, swetrów, sukienek... nawinie się coś może:)
owsianka bananowo-pomarańczowa gotowana na budyniu śmietankowym
*
Na pewno macie swoje sezonowe piosenki, które kojarzą Wam się na przykład z latem ubiegłego roku albo Wielkanocą czy schyłkiem jesieni... u mnie takie piosenki pojawiają się w kontekście radiowych przebojów. Fajnie jest usłyszeć w Zetce piosenkę, która momentalnie przenosi mnie do rowerowych wycieczek z lipca... Ciekawe, co będzie mi się kojarzyć z kilkoma singlami, które są obecnie 'na czasie'.
Na przykład z tym:
Lubię tę piosenkę. W ogóle dużo teraz leci w radiu fajnych melodii. Pod mój gust.
*
Zadowolona z wczorajszych zakupów (dzięęęęęki Mamo:*) ruszam w pochmurny świat ładując do torby pyszne czerwone jabłka (zabrzmiało jak Ryneczek Lidla....^)