piątek, 13 grudnia 2013

vol. 325^ brukselkowe czyszczenie lodówki+świąteczne szaleństwo zakupów.

brukselka ugotowana na parze, podsmażona z papryką i cebulą/ czosnek, bazylia, oregano, papryczka ostra, sól/ ziemniaki i polędwiczka wieprzowa
Z rana przyatakowałam Was południową przekąską zwaną lunch'em lub obiadem:) Brukselki w lodówce brak a mięso w stanie kompletnego zamrożenia nie przemawia dzisiaj do mnie. A jak zdarza się dzień pt. nie chce mi się robić obiadu, nie chce mi się nawet o tym myślec - idzie się do pierogarni!:)

Zmieniając temat na świąteczny. 
... słodka jest, nie?:)
I nie mam na myśli smaku, ale tylko i wyłącznie opakowanie. Sweet Winter, gwiazdeczki, choineczki.. nie wiem jak to jest z Wami, ale na mnie to działa. Limitowane edycje świąteczne. 


... a czym ona się różni od znanej nam Milki Łaciatej? Albo tradycyjnej Milki mlecznej i białego odpowiednika pseudoczekolady (choć przeze mnie uwielbianej)?
Ano - choineczkami. Swoją 'limitowaną świątecznością'. 

Czytałam przedwczoraj artykuł - wywiad - z pewną dziewczyną pracującą osiem lat w galeriach handlowych. Gdybym tylko pamiętała źródło, podałabym Wam, ale niestety zapomniałam. Bardzo możliwe, że było to w internetowym wydaniu Wyborczej. Nevermind! Dziewczyna opowiadała o tym, jak ze złogów magazynów metkuje się ubrania stawiając na wystawie z etykietą 'kolekcja świąteczna'. Jak przy kasie namawia się do kupna skarpet, rajstop, parasola, zapachu do szafy... (a może frytki do tego?:p). I jak to kobiety są na to podatne, mężczyźni nie itd. Znamy to chyba wszyscy, prawda? To nie odkrycie:)

a dlaczego o tym pisze?
Absolutnie nie działają na mnie promocje w sklepach odzieżowych, poniekąd z faktu, że nie jestem zakupoholiczką ubrań. Niemniej kilkakrotnie bywając ostatnio w hipermarketach po przejściu przez bramkę 'rzucają się' na mnie półki z produktami z tych tzw. limitowanych edycji świątecznych, które ustawiane są od razu przy wejściu, tam, gdzie nie spodziewam się ich spotkać. Od kaw i herbat (których 'limitowatość' wyznacza się zmianą opakowania na bardziej migoczące) poprzez czekolady (którym wystarczy strzelić choineczkę albo Mikołaja na etykiecie i już jest coś nowego!), a kończąc na produktach typu kubki, serwetki, naczynia... I wchodzę do takiego sklepu i na starcie odczuwam lekką panikę: 'o kurczę, muszę kupić tyle nowych rzeczy!', ale zaraz potem włącza mi się mój rozum: 'Agata, take it easy, im właśnie o to chodzi, zobacz, czy naprawdę potrzebujesz paczkę Michałków albo siedmiopak czekolady o smakach, które nawet cię nie interesują'.

I tak zwycięsko kroczę sobie po sklepie i dochodzę do kasy z tym, po co przyszłam. 


Ale są wyjątki, bo wyjątki to ważny element życia:)
Wyjątkiem jest choineczkowa Milka, wyjątkiem jest nowe świąteczne opakowanie czekolady Wedel, którą i tak kupuję, nawet jeśli nie ma wystarczającej ilości gwiazdeczek na etykiecie, wyjątkiem są świąteczne promocje na świeczki Bolsius, wyjątkiem są mikołajowe atrybuty szóstego grudnia, wyjątkiem są sezonowe-świąteczne herbaty o korzennych smakach. 

*******

a moja Mama przyniosła z pracy przepis na pierniczki:)




środa, 11 grudnia 2013

vol. 324^ znów pomarańczowa!+bakaliowa zmiana.

owsianka gotowana na soku pomarańczowym z wanilią


Przechodząc obok 'bakaliowej półki' w sklepie, chwytam rodzynki (bo stosunkowo lubię) i żurawinę (słowa Mamy: kup sobie żurawinę, bo jest zdrowa), chwytam daktyle (co to są daktyle?!). Otwieram w domu paczkę, niepewnie biorę lepki 'pancerzyk' między dwa palce i dziubię. 
Rany, jakie to jest dobre! 
Daktyle są lepsze od rodzynek! 

Dla Was to pewnie żadna nowość, zarówno smak daktyli, jak i generalnie ich istnienie. Ale dla bakaliofoba to jest małe trzęsienie ziemi, nie dość nie znałam wroga, to w dodatku polubiłam wroga. 

A jakby nie dość tego było, zaczął za mną chodzić mak. A to za sprawą prześladującej mnie ostatnio pasty jajecznej, do której z nieznanych mi powodów mnóstwo osób dosypuje mak. Na domiar złego niektórzy śmią twierdzić, że są to - cytuję - 'smaki ich dzieciństwa'. No żesz....! Różnica pokoleń jest widzę większa niż myślałam... :) 

Mak zaczął za mną chodzić delikatnie, cichutko szepcząc do ucha, że skoro uwielbiam drożdżówki z makiem zachowując przy tym niewzruszenie czystą nienawiść do makowca, to może warto byłoby znaleźć pół-środek, złoty środek, kompromis... 


Na szczęście na samą myśl o orzechach mnie mdli. Dobrze, że jest chociaż jeden stały punkt w moim smakowym życiu. Wam też się tak zmieniają gusta, czy jestem jakimś dziwnym wyjątkiem?



ps. dziękuję za podrzucenie kilku interesujących stron pod poprzednią notką, ale mam oglądania!:)

wtorek, 10 grudnia 2013

vol. 323^ granola do powtórzenia.


Granola od mojego blogowego Mikołaja znika w szybkim tempie. Jej godziny są policzone... i kto wie, czy gdyby nie fakt, że dostałam ją w prezencie, kiedykolwiek zdecydowałabym się wreszcie na jej samodzielne zrobienie. Przepis już dostałam, pora działać!:)

Zgubiło się gdzieś przedświąteczne zamieszanie. Pomiędzy wiejącym Ksawerym, zadymkami śniegu i potworną odwilżą przywołującą na myśl marcowe roztopy.

Wyruszam na poszukiwania świąt. Może kupno prezentów i ich organizacja przywołają je na powrót?:)


Uwielbiam polską politykę!
Potrafimy wymyśleć tak niesamowite rzeczy jak dzielenie głosów na części i bilion złotych z cyklu 'wiem gdzie są, ale nie powiem', a rozdmuchiwanie tych bzdur przez dziennikarzy czyni je tylko coraz ciekawszymi^ :))

A podczas wieczornego przechodzenia w tryb uśpienia, przeglądam jednym okiem foodgawkera i posty oznaczone tagami 'cake' i 'cream'. Zdjęcia tortów i ciast to mój mały fetysz... :>  
Może znacie jakieś fajne blogi polskie lub zagraniczne z naprawdę imponującymi wypiekami cukierniczymi i z pięknymi zdjęciami?
Oczywiście klasyki polskiej blogosfery w stylu Kwestii Smaku czy Moich Wypieków się nie liczą, każdy szanujący się blogger je zna!:))


poniedziałek, 9 grudnia 2013

vol. 322^ owsianka pomarańczowa na soku.

owsianka gotowana na soku pomarańczowym, z pomarańczą i bananem

Co niektórzy z Was mieli rację, że taka owsianka gotowana na soku smakuje pysznie:) najpierw sprobówałam z klasyką gatunku, ale sok jabłkowy już czeka w kolejce na przetestowanie.




Pomysły na świąteczne prezenty rodzą się same. Wystarczy mieć uszy i oczy szeroko otwarte... :> 

W poszukiwaniu inspiracji przeczesuję Internet i po raz kolejny przekonuję się, że tu jednak naprawdę jest wszystko. Na szczęście Gwiazdkowe drobiazgi będę kupować już w ferworze przedświątecznych tłumów w galeriach, lovin' it!♥

Tymczasem powracając do poniedziałkowego poranka, włączam Zetkę, słucham Olejnik i przybijam piątkę kolejnemu tygodniowi. 






...a w mojej sypialni pachnie wanilią i czekoladą. Przechodząc do drugiego pokoju czuję cynamon z pomarańczą, gdzieś w tym wszystkim miesza się zapach mandarynek, z szafki nad telewizorem wyziera czekoladowe szaleństwo, a ja nie mogę się zdecydować, którą z różowych buteleczek perfum dzisiaj użyć. 

Słodkiego i aromatycznego poniedziałku!:)

sobota, 7 grudnia 2013

vol. 321^ Mikołajkowe prezenty.


Piękne pudełeczko, które samo w sobie jest fajowym prezentem, jeszcze nie wiem co będę w nim trzymać... ale coś wymyślę! :)


A w pudełeczku.... kartka! :) Gwoli wyjaśnienia droga moja Mikołajko, oczywiście suszone banany nie stanowią dla mnie bakalii, są wspaniałe i uwielbiam je chrupać:) 'Krajalnica' do bananów jest rewelacyjna, szukałam długo czegoś podobnego, ale ni hu hu znaleźć nie mogłam... jak Ty to zrobiłaś!:)) Oprócz tego domowa granola czekoladowo-bananowa, czy tu trzeba coś więcej? Nie robiłam nigdy granoli, poniekąd z braku wiary w to, że mi wyjdzie coś zjadliwego, więc tym większa frajda, że ją dostałam. A także wazelina do ust o smaku czekoladowym♥ i czekoladki



Za swój prezent z okazji Mikołajek podziękowania i moc pozdrowień frunie do..... kerali! :) Bardzo, ale to bardzo Ci dziękuję, utrafiłaś w moje gusta i mówię to z całą szczerą radością, na jaką mnie stać. Kartka wylądowała już w pamiętniku, w którym zbieram cenne, wartościowe i godne zapamiętania chwile, wycinki z gazet itp. 


Odwiedził mnie także inny Mikołaj, któremu to zawdzięczam cudowne pomponiaste kapciuszki i czekolady.


Niach, niach!


Oj Ksawciu, Ksawciu... 
Bezsenne noce, przesiadywanie z herbata pod kołdrą, czytanie książki, spoglądanie na facebooka i odliczanie godzin do rana:))

Mam nadzieję, że Wasze prezenty.... co ja mówię! jestem PEWNA, że Wasze Mikołajkowe prezenty zadowoliły zarówno Wasze podniebienia, jak i inne upodobania... mylę się? :>

:)

piątek, 6 grudnia 2013

vol. 320^ (wspólna) Mikołajkowa czekoladowa kasza jaglana z jabłkiem i bananem.

kasza jaglana z tartym jabłkiem i zblendowanym bananem, z kakao i cynamonem

Motyle w brzuchu, rozpakowanie prezentów, ciekawość czy upominki dla bliskich przypadły im do gustu, rodzące się plany na kolejne - tym razem już Gwiazdkowe - prezenty, zapach mandarynek, nowy pachnący olejek w nowym kominku, żurawinowa świeca, waniliowe podgrzewacze, przyprawa do piernika, świąteczne piosenki, limitowane edycje świątecznych czekolad...


... niech wieje wiatr, niech będą zamiecie, niech będzie mroźno. Nie chcę nigdy stracić tej radości, które we mnie tkwi. Radości z nadchodzących świąt, z czasu spędzonego z Rodzicami, z prezentów, z uśmiechów przy stole, z corocznych rytuałów, z rokrocznie powtarzającymi się potrawami i zwyczajami. 

Moja Mama mówi, że cieszy się, że jest we mnie wciąż tyle z małego dziecka, które ekscytuje się tą porą roku, grudniem i Mikołajem. I może to dla kogoś naiwne i szczenięce, ale wolę być szczęśliwą w takich chwilach a jednocześnie dojrzalszą i bardziej dorosłą niż kilkanaście lat temu. Mając świadomość tylu spraw, moje podejście do świąt i szóstego grudnia jest inne niż stosunek do nich dziecka, ale chyba tak samo czyste i szczere. 

Obym nigdy tego nie zgubiła. 


Mam nadzieję, że większość z Was spędzi dzisiaj miły dzień, może dostaniecie coś interesującego, może sprawicie komuś przyjemność. Proszę dzisiaj naprawdę nie marudzić! Może to dzień jak co dzień, ale wszystko tkwi w naszych głowach, ja wolę, żeby w mojej tkwiła dzisiaj satysfakcja, ciekawość i frajda - to mój wybór. 

Dziękuję wszystkim Współtowarzyszom Czekoladowego Śniadania!:) a za blogową akcję pozdrowienia lecą do maria'n :)


czwartek, 5 grudnia 2013

vol. 319^ dobowy zegar organizmu.

Dzisiaj chciałabym Was zapytać, czy Wasze organizmy w mniejszym bądź większym stopniu stosują się do ogólnych naukowych wytycznych. Kiedy kilka lat temu zaczęłam się interesować biologicznym zegarem naszego organizmu zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście pewne rzeczy czy odruchy następują machinalnie, niemal automatycznie. 

Ktoś mądry kiedyś gdzieś podzielił zegar na 10 części, z którymi można polemizować chyba tylko na płaszczyźnie droczenia się z nauką:) 

... teoretycznie zapadamy w najgłębszy sen. W okolicach czwartej mamy najniższą temperaturę ciała i łatwo zmarznąć nawet pod ciepłą kołdrą (zauważam to u siebie, serio...). W tych godzinach najładniej pracują nam płuca, oddychamy powoli, równomiernie. Najniższy poziom melatoniny, czyli spokojne przygotowanie organizmu do pobudki zaczyna się w godzinach 3-4, to dlatego często budzimy się o takich godzinach - przynajmniej mogę mówić za siebie, te magiczne godziny jak 3:33 czy 3:30:) Jednak wczoraj przeczytałam, że melatonina spada nieco później, koło godziny piątej, co nie zmienia faktu, że o ósmej dawno jesteśmy obudzeni - teoretycznie. A nasze jelita zaiwaniają już nawet od piątej rano! 

Chyba większość ludzi jada je w takich porach, wstając później - nie mam już ochoty na śniadanie, też tak macie? Kiedy zdarza mi się w niedzielę wstać po godzinie 10, to wolę już poczekać na obiad^:) Kolejne godziny to najlepszy moment na zachcianki na słodycze, czekoladę. Na mnie to nie działa, mój organizm przyjmie czekoladę o dowolnej porze, nie jest wybredny. A Wasz?:) 

Serce najlepiej pracuje od godziny 11 do 13. A od 13 do 15 jelito cienkie jest tak rozbuchane, że aż się rwie do roboty! To też nasza pora obiadowa, chociaż ja mam ochotę na obiad tuż po godzinie 12, rzadko jadam drugie śniadania, wolę od razu coś konkretnego. Z posiłkiem możemy powiązać chęć krótkiej drzemki, tzw. regeneracyjnej - której nie polecam:p zawsze czuję się po niej dwa razy gorzej. Próbowałam parokrotnie podczas sesji, strata piętnastu minut:p

Na naukę, na ćwiczenia. Sama po sobie mogę powiedzieć, że najlepiej trenuje mi się właśnie o godzinie 17. Układ krążenia i mięśnie są wydolne chyba najbardziej w ciągu dnia, więc aż żal nie skorzystać!:)

A znacie to? Jak byłam mała i chorowałam, to zawsze wieczorami - tak koło godziny 19 - widząc podwyższoną temperaturę moja Mama zawsze mówiła:

a ja nie rozumiałam... teraz już wiem, że tak po prostu jest i kropka!

Około 21 organizm zwalnia, przechodzi w swój prywatny 'stand by', obniża sobie ciśnienie i włącza melatoninę. 

***

To oczywiście ogromny skrót naszego zegara. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak w nas to wszystko elegancko śmiga! Nawet o tym nie myślimy, a wszystko hula jak w zegarku (sic!). I to jest kolejny element układanki do obrazka pt. doceniajmy własne zdrowie, bo jeśli żyjemy sobie po prostu z dnia na dzień, nie odczuwając większych dolegliwości - to naprawdę jest wielkie szczęście i fajnie to sobie uświadomić, nie uważacie?:)

a jak jest u Was? Zjecie śniadanie nawet o godzinie 13, jeśli tylko obudzicie się późno - czy wolicie pominąć ten posiłek i przejść do obiadu? A o której najlepiej Wam się biega/jogginguje/trenuje? A drzemki? Uskuteczniacie czy olewacie?:) 

źródło: weheartit.com

środa, 4 grudnia 2013

vol. 318^ jaglanka z miodem i cytryną.

kasza jaglana z cukinią, tartym jabłkiem, cynamonem, miodem i cytryną
Otwieram balkon na oścież, co za cudowny mróz! Zapach mrozu jest niesamowity... Włożyć czapkę czy nauszniki, który wybrać szalik, które rękawiczki... lubię te poranne dylematy:)


Stary Las

poniedziałek, 2 grudnia 2013

vol. 317^ babeczki Emmy, grudniowy starter i parę cytatów.


Nie mogłam się oprzeć i po raz kolejny zrobiłam muffinki z TEGO przepisu.
Są naprawdę fantastyczne, wilgotne, miękkie, marchewkowo-cynamonowe... to będzie strzał w świąteczny stół!:) Jestem ogromną fanką i wielbicielką marchewkowych babeczek od Sarzyńskiego (tego od kogutów z Kazimierza Dolnego). Kiedy tylko jestem w pobliżu jego cukierni, którą otworzył w Lublinie, natychmiast wchodzę i kupuję. Wypieki z przepisu, na którym bazowałam są naprawdę bardzo mocno zbliżone do ich smaku:)





Prawie bym zapomniała o moim kalendarzu! Na szczęście w porę uzmysłowiłam sobie, że czas zacząć adwentowe odliczanie. 


Szkoda, że książka Małgorzaty Tusk jest taka krótka, bo czytało się doskonale. Wielokrotnie łapałam się na tym, że nie patrzę na tekst, tylko wyobrażam sobie scena po scenie. Albo dumam nad tym, jak bardzo nasze czasy są inne od tamtych. Tamta młodzież, tamci studenci - mieli punkt zaczepienia, coś, przeciwko czemu powinni się zbuntować, wykazać hart ducha, zmagać się z szarą codziennością.

Nasze czasy, pełne kolorów, produktów, możliwości... wydają się zupełnie innym światem. I troszeczkę (ale tylko troszeczkę, bo to bardzo głupia zazdrość) zazdroszczę właśnie tamtym młodym, że COŚ mieli. Coś, co im pomagało w poszukiwaniu sensu, w poszukiwaniu ważnego celu. To bardzo niemądre z mojej strony, dlatego wszystkimi zmysłami staram doceniać czasy, w których żyję. Bo dla mnie opisywane przez Autorkę lata to jak czarno-biały film.

A ponieważ moi Rodzice są równolatkami Autorki i jej Męża, co więcej - pochodzą z niesamowicie podobnych rodzin, mieli niesamowicie podobne dzieciństwo i niezwykle podobne cechy charakteru, to czułam się trochę jakbym czytała o swojej Rodzinie. 

Moje trzy ulubione cytaty:

‘Boję się, że zaczę o czymś myśleć, marzyć i to się nie spełni, będę czuła żal i rozczarowanie, a to mnie osłabi. Albo będę w coś rozpaczliwie brnęła, nawet jeśli to nie będzie miało sensu. Zakładam więc, że przyszłość jest ogólną niewiadomą'

'Przedkłam zdrowy rozsądek i przyzwoitość nad dalekosiężne cele i wielkie teorie’

'Każdego dnia walczę o najwyższe miejsce w hierarchii spraw i wartości dla wszystkiego co powszednie, ktoś niemądry powiedziałby – nieważne. A ja wiem, że przyziemna codzienność zawiera w sobie najgłębszy sens życia, a wielkie wydarzenia i wspaniałe trymfy, niczym telewizyjny show, często kryją w sobie pustkę’.


Od wczoraj wieje silny wiatr. Bardzo go nie lubię, bo nie daje spać i włącza mi agresję w organizmie. Lepiej pójdę na poszukiwania jakiejś dobrej Ritter Sport!





niedziela, 1 grudnia 2013

vol. 316^ dorsz w przyprawach, wręcz dietetycznie!

dorsz przyrządzony na parze z oliwą z suszonych pomidorów, czosnkiem, pieprzem, słodką papryką i cytryną/ brukselka


Popatrzyłam na to, co zjadłam. 
Popatrzyłam i pomyślałam: matko kochana, nic dziwnego, że małe dzieci za widok takiego posiłku uciekają gdzie pieprz rośnie. Jak to się stało, że mój smak zmienił się do tego stopnia, że z ręką na sercu mogę powiedzieć, że mi to naprawdę smakowało, że naprawdę się najadłam...

A Wy byliście dziećmi z rodzaju 'ryby to nuuuuda' czy tą mniej liczebną, acz bardziej chlubną - grupą lubiącą podobne posiłki?:)

I jeszcze coś, chociaż niezmiernie mnie bawią takie obrazki, to muszę, muszę, muszę to zrobić:

źródło: weheartit.com

Czekałam na Ciebie cały rok!:)

PS. a wczoraj muffiny jednak zrobiłam... :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...